niedziela, 11 maja 2014

02.

Budząc się byłam zupełnie zdezorientowana. Powoli zamrugałam oczyma, powoli rozglądając się po... pomieszczeniu. Biało. Nic innego, żadnych innych barw. Tylko biel. Co do cholery? Gdzie ja jestem? Chęć poruszenia się, sprawiła, iż poczułam silny ból. Jęknęłam cicho, ponieważ to uczucie było bardzo nieprzyjemne. Kiedy już zaczęłam tracić nadzieję, że czegokolwiek się dowiem, do pomieszczenia wszedł mężczyzna w białym uniformie spoglądający na jakieś papiery. Spojrzał na mnie i mimowolnie się uśmiechną.
-Widzę, iż Pani się już wybudziła. Dobrze, w takim razie przyślę niedługo pielęgniarkę i zabierzemy Panią na badania.
-Pielęgniarkę? Gdzie ja jestem?-zapytałam unosząc brwi.
-W szpitalu. Nic Pani nie pamięta?
Pomyślałam chwilę, a następnie kiwnęłam głową zaprzeczając.
-Wypadek samochodowy.-Odrzekł, zapisując coś na papierach.
Niby dwa słowa. Dla mnie jednak wystarczyły, abym mogła sobie wszystko przypomnieć. Począwszy od ręki na moim policzku, skończywszy na samochodzie wjeżdżającym we mnie z dużą siłą. Co z moim ojcem? Co z kobietą, która mnie potrąciła? Co mi w ogóle jest? Mnóstwo pytań. Zero odpowiedzi.
Owszem. Zdarzało się, iż mój ojciec stosował na mnie przemoc fizyczną, ale dało się to wytrzymać. Jednak wczorajsza sytuacja, sprawiła, że czułam do niego obrzydzenie, wstręt i nienawiść. Do własnego taty. Jeśli jeszcze mogę go nim nazwać...
Z moich zamyśleń wyrwał mnie głos dwudziestoparoletniej kobiety, oznajmiającej mi, iż mam udać się z nią na badania. Pomogła mi wstać, gdyż ja nie byłam na siłach tego zrobić, a następnie kazała usiąść na wózku. Czułam się jak jakiś inwalida. No ludzie...!

***

Lekarz ponownie zawitał w mojej sali szpitalnej, z-jeśli się nie mylę-wynikami badań. 
-Więc...?-spytałam ciekawa.-Co mi jest?
-Cóż, myślę, iż Pani miała dużo szczęścia. Mogło skończyć się na złamaniu żeber. Zwichnięta jest lewa ręka, oraz ma Pani rozciętą głowę. No i oczywiście nie można pominąć siniaków.-powiedział. 
Wszystko ponownie powróciło... Te blizny. To będzie mi przypominać...
-Odsuń się...-warknęłam cicho.
-Teraz kurwa przesadziłaś suko, już ja się z tobą policzę.-odrzekł wkurzony.
Przełknęłam ślinę rozglądając się na boki, w celu wyznaczenia drogi ucieczki. Kiedy już miałam zacząć uciekać, poczułam na butelkę na mojej głowie uderzającą z wielką siłą. Pod wpływem ogromnego bólu, moje słabe powieki zaczęły opadać ku ziemi. Never lose hope, Isabelle, never lose hope., powtarzałam sobie w myślach i ostatkiem sił wyrwałam się z jego ramion, które widząc jak się staczam, trzymały mnie o wiele lżej. Następnie wybiegłam z domu, czując świeżą krew, spływającą po mojej twarzy. Zanosząc się płaczem, wbiegłam na chodnik.Naglę wszystko co jeszcze chwilę temu było w zasięgu mojego wzroku wyparowało. Poczułam mocny ucisk w klatce piersiowej. Ostatnim co słyszałam, zanim opadłam na asfalt, był trzask drzwi samochodowych, oraz pisk wystraszonej kobiety, której kroki były coraz bliżej mojego ciała. Następnie zapanowała ciemność. 
Starałam się powstrzymywać łzy, zbierające się w oczach, jednak jedna uwolniła się spływając po moim policzku. Zanim ktokolwiek zauważył pozbyłam się jej.
-Kiedy będę mogła wyjść?
-Jeszcze dzisiaj Cię potrzymamy, a jeśli wszystko będzie dobrze, możesz wyjść jutro. 
-Dziękuję. 
Przytaknął głową i wyszedł. Co ja zrobię? Mam siedzieć u mojego ojca, czekając, aż w końcu nie wytrzyma i mnie zabije? On tu nawet nie przyszedł, nie obchodzi go co ze mną., użalałam się w myślach. Ścisnęłam mocniej poduszkę i zaczęłam płakać, już nawet nie próbując tego powstrzymywać. 


 ***

Nie miałam ze sobą niczego w szpitalu, więc zabranie się do domu nie było trudne. No może gdybyś miała samochód idiotko... Odzywał się irytujący głos w mojej głowie. Byłam zmuszona złapać taksówkę. Wsiadłam do pojazdu, a następnie podałam adres mojego domu, facetowi za kierownicą. Kiedy dojechaliśmy po dziesięciu minutach, wręczyłam mu gotówkę i podziękowałam. Samochód odjechał, a ja stanęłam przed domem. Westchnęłam cicho, po czym weszłam do środka. Taty nie było. Na szczęście... Nie chciałam kolejnej wizyty w szpitalu. Pewnie jak zwykle siedzi gdzieś ze znajomymi i chla, aż nie wygonią go z baru za niewłaściwe zachowanie. Na komodzie zauważyłam przewrócone zdjęcie. Wzięłam je do ręki, aby zobaczyć co się na nim znajduje, jednak zaraz tego pożałowałam. Na fotografii byliśmy: ja; mama, tata oraz Niall..Na twarzach widniały te uśmiechy, których teraz nie widuję już wcale. Moja mama nie wytrzymała, gdy miałam sześć lat i wyprowadziła się razem z moim przyrodnim bratem. Nie wiem gdzie aktualnie mieszka. Nie widziałam jej już jedenaście lat... Tak samo jak mojego starszego brata. Jedyne co o nim wiem to to gdzie mieszka, oraz, iż jest sławny. Byliśmy bardzo zgranym rodzeństwem, jednak wszystko to zrujnowało się. Nie jestem fanką tego jego głupiego zespołu, nie słuchałam ich piosenek. Nie wiem jak wyglądają. Nie wiem jak wygląda teraz on, mój brat. Zranił mnie i nie wiem czy kiedyś mu wybaczę to, iż się nie odzywał. Nigdy. Żadnej odpowiedzi na sms'y, listów, maili. Nic. Jednak teraz.... Teraz, kiedy wiem, że nie mogę mieszkać tutaj z moim ojcem, nie mam innego wyboru. 

Witaj Londyn. 



2 komentarze:

  1. Cudowne!!! Wspaniałe motto... Czekam na nexta i mam nadzieję, że na tym blogu zawitasz na dłużej niż na poprzednim :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam już napisane 4 rozdziały + wymyśloną fabułę :-) Thank's!

      Usuń

Podziel się swoimi uwagami i opinią. Zależy mi na tym, aby wiedzieć, czy piszę to sama dla siebie, czy jest dla kogo mogę tu 'pracować'. :-)