sobota, 17 maja 2014

05.

Jak to urodziła syna? Żarty sobie robicie? Miałam ochotę wybiec z tego pokoju, zamknąć się gdzieś i pozwolić łzom zbierającym się w moich oczach wypłynąć na wierzch. Cały czas żyłam z przekonaniem, iż mam jednego brata. Brata, który nie interesował się mną całe życie, a teraz dowiaduję się, że mam dwójkę rodzeństwa, z czego jedno nie wie o moim istnieniu. To przecież jasne, bo po co wiedzieć? Żałuję, że tu przyjechałam. Nienawidzę Nialla, równie mocno jak mojej mamy.
-Wszystko dobrze? Dlaczego tak zareagowałaś?-zauważyłam, że ściera jedną łzę, która wydostała spływała po moim policzku.
-Ttak... Jest ok. 
-Nie wydaje mi się... No ale dobrze, porozmawiamy o tym kiedy indziej. Chcesz iść spać?
Potwierdziłam, skinieniem głowy, po czym zaprowadzona do pokoju gościnnego rzucam się na łóżko i wiedząc, iż prawdopodobnie nadal jestem pod widokiem Rose, zaczynam płakać. Mam dość, dość dzisiejszego dnia. Dość wszystkiego. To dla mnie za dużo jak na dwadzieścia cztery godziny. Mój brat, wyjechał i muszę mieszkać u nowo poznanej dziewczyny; dowiaduję się, że moja matka urodziła drugą córkę, a cała moja rodzina ma mnie w dupie. Niech się dzieje co chce. To wszytko jest okropne. To, że mam świadomość, iż Niall odciął się ode mnie, a jego fani są dla niego ważniejsi. To, że nikt mnie nie pamięta. I to, że zawsze dowiaduje się o wszystkim ostatnia. Cały świat wiedział o istnieniu Jazzy, mojej małej siostry, a ja nie. Kariera go zepsuła. Czy to nie rodzina powinna być najważniejsza? On ma rodzinę, ale ty do niej nie należysz., odzywała się moja podświadomość. I chyba miał rację. Czy Horan odsunął mnie od swojego życia już na zawsze? Czy nigdy nie pomyślał co u mnie, lub jak się czuję? Albo czy mam kogoś?
Prawda jest taka, że nigdy mi się nie układało i tak już zostanie. W Polsce nie miałam przyjaciół. Nawet znajomych. Kiedy była możliwość zaprzyjaźnienia się wszystko się psuło. Uważali, że jestem dziwna, ponieważ zawsze unikałam wizyt kogokolwiek w moim domu. Bałam się, iż zobaczą mojego ojca. Pijanego, wykrzykującego jaką to jestem złą córką. Chciałam móc czuć się tak jak ludzie na filmach. Szczęśliwi, nawet jeśli bywają chwile, iż mają problemy, takie jak ja, bądź inne, to zawsze ich historia kończy się happyend'em. Czy los dla mnie go nie przygotował? Czyż to nie sprawiedliwe, że ja cierpię, chociaż nie zasłużyłam na to? Może to samolubne, jednak czasem chciałabym, aby Niall był w mojej sytuacji. Stracił wszystko na czym mu zależy, żeby wiedział jak się czułam, kiedy mnie zostawił i przez co musiałam przechodzić. Jestem egoistą. Wiem to. Wiem także, że jestem naiwna, myśląc czasem, że kiedyś będzie dobrze. Życie to nie jest głupie pudełko czekoladek, które możesz wymienić, jeśli się zniszczy. Życie to jeden wielki koszmar, który się nie kończy i tylko czeka na twój cholerny upadek. Cieszy się, kiedy widzi, że załamujemy się w takich chwilach jak ja teraz, a nasze łzy są dla niego satysfakcją, aby iść dalej i sprawiać, że upadamy jeszcze niżej, niż tak jak jesteśmy teraz. Więc dlaczego płaczę? Dlaczego daję mu tą satysfakcję? Łzy to oznaka mojej słabości, a ja przecież chcę być silna. Po prostu czekam na kogoś, kto podejdzie i pomoże. Możliwe, iż to nigdy nie nastąpi, jednak słona ciecz wydostająca się z moich łez, przez ostatnie czasy, jest nieodstającą od mojego życia rzeczą. Łzy pokazują, że też mam uczucia, że jestem człowiekiem, a nie robotem. Są ujściem negatywnych pomocy. Ten dzień był trudny, trudniejszy od pozostałych i mam go już zupełnie dość. Podniosłam drżącą się rękę, którą przetarłam pewnie czerwone oczy. Wtuliłam głowę w ciepłą kołdrę i zamknęłam przemęczone oczy, zasypiając w objęciach Orfeusza.
Tej nocy śniła mi się łąka. Biegałam po niej śmiejąc się radośnie i kręcąc wokół własnej osi. Silny, jednak ciepły wiatr rozwiewał moje brązowe włosy i niemal mogłam słyszeć śpiew ptaków. Nagle pojawił się on, Niall. Uśmiechnięty, z ramionami wyciągniętymi przywoływał mnie swoim melodyjnym głosem. Mój uśmiech rozszerzył się jeszcze mocniej, o ile było to możliwe. Zaczęłam biec, tylko on się liczył. Chciałam móc czuć się przy nim bezpieczna, utonąć w jego ciepłych ramionach, jednak w ostatniej chwili jego postać zaczęła się rozmazywać. Zatrzymałam się i wytężyłam wzrok.
-Nie odchodź...-wymrukiwałam cicho.
Znowu widziałam go wyraźnie, to wydawało się być takie rzeczywiste, realne. Wręcz czułam jego zapach, będąc prawie koło niego. Dzielące nas metry zaczęły się zmniejszać, kiedy biegłam. Rozłożyłam ręce czekając, aż mnie przytuli, jednak usłyszałam tylko swój krzyk i poczułam twardą powierzchnię. On zniknął, a ja wpadłam w przepaść.
Kiedy się rozejrzałam zauważyłam, że leżę na podłodze, a koło mnie stoi zmartwiona Rosalie.
-Wwszystko w porządku? Tty... Krzyczałaś.
-Tak... To tylko koszmar, czasem tak mi się zdarza. Przepraszam, że Cię obudziłam...
-Nic nie szkodzi, już nie spałam. Chcesz może pogadać?-zapytała zmartwiona.
Zaprzeczyłam kiwając głową na boki, więc westchnęła myśląc, że nie zauważę. Zauważyłam. Może nie jestem w stosunku do niej fair, ale nie jestem jeszcze gotowa, aby o tym rozmawiać. Z problemami muszę radzić sobie sama, a nie zadręczać innych. Jednak wiem, że ona, dziewczyna, która pomogła mi, chociaż wcale mnie nie znała zasługuje na szczerość i kiedyś będę musiała jej powiedzieć. Ale nie dzisiaj. Ludzie, przecież jestem w Londynie!

2 komentarze:

Podziel się swoimi uwagami i opinią. Zależy mi na tym, aby wiedzieć, czy piszę to sama dla siebie, czy jest dla kogo mogę tu 'pracować'. :-)